piątek, 23 września 2016

Peru!

Na wakacje wybrałam się do Peru. Spędziłam tam niesamowite 8, a właściwie 6 dni! Jak w tak krótkim czasie zobaczyć jak najwięcej i jak to zrobić na kieszeń au poor? Zaraz się dowiecie!
Zaczęłam od kupna biletów w cenie $560 z San Francisco. Z New York i generalnie ze wschodniego wybrzeża bilety są tańsze. Można złapać okazję, gdzie bilety w jedną i drugą stronę wynoszą około $300.
Z San Francisco leciałyśmy do Limy z przesiadką w San Salvador. W związku z tym, że anulowali nam lot dostałyśmy bilety na lot American Airlines z przesiadką w Miami.
Do Limy doleciałyśmy późnym wieczorem i wzięłyśmy taksówkę do hotelu. Za nic w świecie nie wypożyczajcie auta w Peru! Jedyna zasada jakiej tam się trzymają to zatrzymanie się na czerwonym świetle, a tak to jeżdżą jak chcą. Dosłownie!
Zatrzymałyśmy się w Ibis Hotel i następnego dnia udałyśmy się na Mistura Food Festival. Każdego roku we wrześniu odbywa się festiwal jedzenia i trwa cały tydzień. Opłata za wejście wynosi 25 soles za osobę. Dużo budek z jedzeniem, znajdziecie tam prawdziwe peruwiańskie jedzenie (świnkę morską, ceviche itd.), jak również alkohol (pisco sour) i różne słodycze i przekąski.
Następnego dnia rozpoczynałyśmy naszą przygodę z Peru Hop. Jest to firma, która oferuje wycieczkę obiazdową po Peru. Możesz wybrać długość wycieczki, gdzie chcesz się udać i skąd chcesz jechać. Oprócz Peru oferują również wycieczkę po Boliwii. W związku z tym, że my nie miałyśmy za dużo czasu (wielka szkoda!) wybrałyśmy 3 dniową wycieczkę z Limy do Cusco, za którą zapłaciłyśmy $159.
Gdy bookowałyśmy wycieczkę okazało się, że firma ma zniżki do hosteli/hoteli na całej trasie, tak więc w tym czasie zaczęłyśmy bookować hotele, w których zostaniemy po drodze do Cusco. Tak się stało, że czekając po hotelem Ibis zaczęłyśmy się zastanawiać, czy w końcu wykupiłyśmy wycieczkę, ponieważ żadna z nas nie miała wydrukowanego potwierdzenia, jak również na e-mailu nic nie znalazłyśmy. Po tym jak zobaczyłyśmy jak autobus Peru Hop nas mijał byłyśmy już pewne, że nie wykupiłyśmy jednak wycieczki, ale pobookowałyśmy wszędzie hotele! I co teraz? Okazało się, że biuro Peru Hop jest 7 minut drogi od nas, ale była godzina 7, a oni otwierają dopiero o 9. Tak więc zdecydowałyśmy się na dwugodzinne śniadanie w pobliżu. Gdy otworzyli biuro powiedzieli nam, że mogłyśmy do nich zadzwonić, bo mają przekierowanie rozmów na ich komórki i by zawrócili dla nas autokar, Ale tak się stało, że już kupiłyśmy bilety na autobus do Paracas. Bez problemu udało nam się dogadać z nimi, że dołączymy do całej wycieczki w Paracas.
Pojechałyśmy autobsem Cruz del Sur do Paracas i nie żałuję! Zapłaciłyśmy 65 soles za miejsca VIP i takiej wygody w życiu nie miałam! Duże rozkładane fotele z podnóżkami, własny ekran, na którym można było obejrzeć film/serial, darmowy posiłek, kocyk i poduszka!
Niestety w związku z tym, że wzięłyśmy zwykły autobus ominęło nas zobaczenie miejscowości Chincha.
Do Paracas dotarłyśmy koło godziny 18:00, zakwaterowanie miałyśmy w hostelu Kokopelli, w którym po okazaniu opaski, że jesteśmy z Peru Hop otrzymałyśmy około 20% zniżki. Zabookowałyśmy pokój z prywatną łazienką za który zapłaciłyśmy koło 104 soles. Śniadanie było wliczone w cenę - wybór niestety nie był za duży. Gdy siedziałyśmy przy barze w hostelu znalazł nas Nilo - nasz guide, z którym miałyśmy podróżować przez całą drogę aż do Cusco. Zaprosił nas na kolację, gdzie będzie również reszta grupy. Byliśmy w restauracji, mieliśmy drinki za darmo, spędziliśmy trochę czasu w hostelu i poszliśmy zrobić ognisko na plaży.
Następnego dnia odbyła się wycieczka do Ballestas Island, gdzie można było zobaczyć lwy morskie, a następnie do rezerwatu przyrody (koszt za obie wycieczki to $15)
Po obejrzeniu atrakcji ruszyliśmy w drogę do Huacachina (albo jak niektórzy to nazywają Huacafuckingchina :D ), gdzie zatrzymaliśmy się w hostelu Casa de Arenas, za który zapłaciłyśmy 60 soles. Po dotarciu na miejsce i zjedzeniu wybraliśmy się na przejażdżkę po pustyni i sandboarding (50 soles/$15 za osobę). Było to jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu! Po powrocie Peru Hop zorganizowało nam grilla, za którego się płaciło 25 soles za osobę (wliczone w to drinki). Włóczyliśmy się nocą po miejscowych barach i jakoś nad ranem wróciliśmy do hostelu (który swoją drogą nie był najlepszych lotów - nie ma ciepłej wody, gdy więcej osób bierze prysznic - ale da się przeżyć jedną noc). Rano wybraliśmy się do miejscowej domowej restauracji, gdzie pokazywali jak robią ceviche - polecam każdemu! Pojechaliśmy do winiarni, gdzie pokazali nam proces robienia wina i mieliśmy darmowy tasting. Po drodze do Cusco zatrzymaliśmy się na chwilę w Nazca, żeby zobaczyć rysunki/linie. Miałyśmy overnight bus z Huacachina do Cusco, co było męczące, ale najgorsza i tak była choroba wysokościowa, którą miałam następnego dnia w autobusie. W sumie przespałam cały dzień i starałam się nie ruszać z miejsca, bo ilekroś wstawałam miałam zawroty głowy i zaćmienie. Wieczorem dotarliśmy do Cusco i czułam się już zdecydowanie lepiej.
W Cusco zatrzymałyśmy się w mega fancy hotelu Sonesta, gdzie za dwie noce zapłaciłyśmy $306. Ale naprawdę było wydać te pieniądze. Był to najlepszy hotel w jakim w życiu spałam!
Kolejnego dnia wybrałyśmy się do Machu Piccu. Z Cusco musiałyśmy wziąć taksówkę za 100 soles w jedną stronę do Ollantaytambo, skąd miałyśmy pociąg ( Inca Trail za $124 w dwie strony) do Machu Piccu. Niestety jak tam dotarłyśmy okazało się, że to nie wszystko! Ponieważ musiałyśmy (generalnie można zrobić hiking, ale jest to pod górkę, w dodatku gęstość powietrza jest tam bardzo rzadka, więc my się do tego zupełnie nie nadawałyśmy) kupić bilet na autobus do Machu Piccu, który wynosił około 84 soles (była możliwość zapłaty $24). Gdy stanęłyśmy w kolejce do autobusu okazało się, że musimy iść na centrum miasteczka i wykupić bilet wstępu do Machu Piccu w kwocie 128 soles. Gdy wreszcie dotarłyśmy do Machu Piccu temperatura wynosiła 35 stopni. Niestety nie udało mi się wejść na najwyższy szczyt Machu Piccu ze względu na problemy z oddychaniem i gotowanie się w długich czarnych jeansach. Przejście przez Machu Piccu zajęło nam około dwie godziny, co było dla nas zaskoczeniem, bo specjalnie bylet powrotny do Ollantaytambo wykupiłyśmy na godzinę 19. W związku z tym spędziłyśmy ponad 6 godzin w miasteczku Machu Piccu jedząc i kupując koce z lamy na targu (sic!).
Kolejnego dnia miałyśmy wylot z Cusco do Limy, gdzie musiałyśmy zmienić hotel, ponieważ na Expedii podczas bookowania była informacja, że ten hotel ma bar i restaurację. Po dotarciu na miejsce zostałyśmy poinformowane, że niestety nie mają takich udogodnień. Przeniosłyśmy się do jakiegoś fancy hotelu, gdzie płaciłyśmy $200 za noc. Jednakże i tak najlepszym hotelem był ten w Cusco, a śniadanie tam było niesamowite! Cały dzień spędziłyśmy na relaksie przy basenie z drinkami w ręce. W związku, że była to nasza ostatnia noc wybrałyśmy się na kolacje do restauracji Amaz. Jedzenie typowo z dżungli - było wyśmienite! Za kolację na trzy osoby (w tym przystawki i danie główne) zapłaciłyśmy około 500 soles. I takk samo jak z hotelem - było warto! Najlepsza kolacja życia.
Na lotnisku w drodze powrotnej należy być minimum 3 godziny przed planowanym odlotem. Kolejki do check in są strasznie długie!

TIP
- najlepiej zrobić road trip do Cusco, niż lecieć tam bezpośrednio z Limy. Organizm zacznie się powoli przyzwyczajać do zmiany i choroba wysokościowa nie będzie przebiegać aż tak drastycznie. Jeszcze lepiej na trzy dni przed samym wylotem do Peru zacząć brać altitude medicine i nie przestawać brać po przylocie do Peru! Na miejscu można żuć liście coca. Jeżeli nie masz możliwości/nie chcesz robić road trip daj sobie 24 godziny w Cusco na relaks i nic nie robienie, żeby organizm mógł się przyzwyczaić do zmiany powietrza.
- zaopatrzyć się w bug spray - najlepszy jest DEET. Powinno się psikać kilkanaście razy dziennie. Ja po trzech godzinach spędzonych w Machu Piccu byłam strasznie pogryziona, pomimo użycia bug spray!
- wziąć ze sobą sunscreen!
- jeżeli wybieracie się do dżungli zdecydowanie długie spodnie i długie koszulki
- ostatnią noc najlepiej spędzić w jakimś lepszym hotelu. Po całej tej podróży jest się strasznie wyczerpanym i chce się zrelaksować.
- jeżeli planujecie lecieć z Cusco do Limy to musicie wziąć wylot na jeden dzień wcześniej przed lotem powrotnym z Limy do USA (lub gdziekolwiek indziej). Peruwiański klimat ma to do siebie, że dużo lotów jest odwoływanych.
- w Cusco jest możliwość skoku na bugnee, jednakże nie wiem ile to kosztuje, ani gdzie się znajduje. Otrzymałam taką informację od mojego guide, który gdyby nie to, że nie miałyśmy tyle czasu w Cusco to nawet by nie musiał mnie przekonywać!
- dolary najlepiej wymienić już w Peru.

Świnka morska

 Ceviche ze ślimakami




















 Ceviche










 Lama








Chciałam pokazać Wam filmiki z Machu Piccu, ale nagrałam je do góry nogami :(

sobota, 3 września 2016

Dlaczego au pair tyją?

Większość au pair zaraz po przyjeździe do Stanów zaczyna tyć i co za tym idzie po dwóch miesiącach zapisują się na siłownie, żeby pozbyć się nadmiaru ciałka. Ale dlaczego au pair tyją? Można by powiedzieć, że jedzą wszystko co mają w zasięgu wzroku. Osobiście jem dużo. Zawsze jadłam dużo i nigdy się nie przejmowałam moją wagę, z tego względu, że zwyczajnie nie tyłam. A jak już to nawet nie było tego widać i zaraz magicznie dodatkowy kilogram, czy też dwa znikały. Niestety po przyjeździe do Stanów mimo że nie widziałam różnicy w wyglądzie swojego ciała to po trzech miesiącach nie mogłam się zmieścić w moje ulubione jeansy.
Nie jadłam więcej, niż zwykle (a jem bardzo dużo), jak również nie jadłam śmieciowego jedzenia. Amerykanie (przynajmniej ci, których ja spotkałam) nie jadają w sieciówkach typu McDonalds, KFC, Taco Bells, czy innych tego typu fast foodach. Moja obecna host family również nie często zamawia jedzenie, a jak już to jest to najczęściej jedzenie wietnamskie, japońskie lub koreańskie. Jedzą również zdrowiej i mniej, niż Polacy. Pomiędzy posiłkami jedzą owoce lub warzywa, a każde główne danie jest świeżo przygotowywane.
Na czy więc polega problem? Jedzenie w Stanach jest zupełnie inne, niż w Europie. Nawet produkty organiczne są bardzo przetworzone. Zjadając na śniadanie bagel z żółtym serem dostarczamy swojemu organizmowi ponad 300 kalorii.przy czym owsianka ma ich 70. Najbardziej tuczy tutaj pieczywo i żółty ser. Tak więc zamiast kanapki z serem na śniadanie wybierz płatki owsiane z owocami! I oczywiście, jeżeli nie masz dobrej przemiany materii to większa ilość jedzenia też sprawi, że będziesz tyć. W związku w tym jedzcie zdrowo i rozsądnie!

piątek, 19 sierpnia 2016

Możesz pomóc i Ty!

Parę minut temu natknęłam się na taki oto link:
https://www.gofundme.com/2kfbzd8

Au pair została okradziona przez swoją hostkę. Pracujemy bardzo ciężko za $200 tygodniowo i jeszcze zdarzają się niektórym z nas tak okropne rzeczy. Z całego serca popieram tę donację, dlatego bardzo proszę, zrezygnuj w tym tygodniu z chociaż dwóch Starbucks i wspomóż koleżankę.


Życzę wszystkim i każdemu z osobna, aby nigdy się wam taka sytuacja nie zdarzyła!

czwartek, 18 sierpnia 2016

Au pair - dream or nightmare?

Decydując się na bycie au pair mamy obraz amerykańskiej rodziny i siebie jako jej członka. Wyobrażamy sobie, że będzie to fantastyczny rok, że będą nas wspierać i traktować jak córkę/syna. Żyjemy w bańce omamieni samą możliwością wyjazdu do Stanów, tą perfect rodziną, wspaniałymi dziećmi, możliwością podróży i wielu innych rzeczy. Po przyjeździe bańka pęka i się zastanawiamy co z nami jest nie tak? Miało być przecież tak pięknie, dlaczego więc teraz żyjemy w koszmarze?

Niestety często się zdarza tak, że au pair wyjeżdża z kraju z głową nabitą bzdurami o niesamowitym życiu w Stanach. Jak to w rzeczywistości jest zaraz wam opiszę. Niestety podane przypadki nie będą odosobnione. Mam nadzieję, że ten post chroni wszystkie przyszłe au pair od ogromnego rozczarowania i będą miały świadomość, że nie zawsze jest tutaj kolorowo. Pewność, że z wami nigdy tak nie będzie będziecie mieli dopiero po zakończeniu programu.

Na co tym razem operowski świat narzeka? Jedzenie.

Zgodnie z zasadami programu rodzina musi zapewnić ich niewolni... ekhem, au pair jedzenie. Przed wyjazdem oczywiście nikt się nie martwi tak mało istotną rzeczą, bo przecież jak to nie mieć nic w lodówce? Ano tak to. W dużej mierze au pair albo nie ma kompletnie co jeść, coś jest very expensive, kupią jej cream cheese jaki chciała po trzech tygodniach, albo... nie może brać nic z lodówki, bo przecież to jest dla dzieci!
Chore prawda? A jednak prawdziwe!

Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że mieszkając u rodziny i zajmując się ich dziećmi hości będą skąpić swojej au pair jedzenia, albo w ogóle nie będę jej w go zaopatrywać. Jest to przykre i cholernie niesprawiedliwe. Ale co z tym zrobić? Można się skontaktować z agencją, ale w większości przypadków agencje mają to gdzieś, bo przecież jest chleb w domu! Ok, ale z czym masz to jeść? I jak długo można na chlebie ciągnąć? Można się zgłosić do departamentu stanu, że rodzina łamie zasady programu, tylko jest to raczej opcja dla dziewczyn, które rzeczywiści mają pustą lodówkę. Co zrobić, gdy nie macie owoców w domu, nie możecie kupić tego co lubicie, albo co potrzebujecie? Trudno powiedzieć. Można rozmawiać z host family, jeżeli się to zmieni no to spoko, ale jeżeli nie to co dalej?
Jeszcze lepsza rzecz jest, gdy au pair weźmie coś z lodówki, a później słyszy, że nie mogła tego zjeść, bo coś tam.

Na przykład au pair nie może używać whole milk, ponieważ jest dla dzieci/tylko do kawy/jakiś jeszcze beznadziejny powód i może pić tylko fat free.
Dlaczego wzięłaś szynkę z lodówki? Ona jest very expensive/jest moja.
Możesz jeść wszystko, oprócz tego co jest w lodówce i w szafce, bo jest dla dzieci/very expensive.
Jeżeli chcesz coś ze sklepu to mi powiedz. Głupio jednak dać listę tylko dla Ciebie wielkości ich zakupów dla całej rodziny, więc kończy się tylko na płatkach i jogurcie.
My wychodzimy na lunch, jak chcesz iść z nami to musisz zapłacić za siebie/ty zostajesz w domu.

I można tak wymieniać i wymieniać.

Prawda jest taka, że au pair nie jest tutaj członkiem rodziny i nigdy nie będzie. Jest tylko tanią siłą roboczą, która powinna się cieszyć z samej możliwości przyjazdu do Stanów. Oczywiście znajdą się normalne rodziny, które traktują swoją au pair jak człowieka, a nie niewolnika. Niestety są to rzadkie przypadki i znajdują się one na wymarciu.

I jak zwykle mimo wszystkiego każdego zachęcam do wyjazdu jako au pair! Nigdy nie wiesz co cię w życiu spotka, a taką szansę masz tylko jedną. :)

wtorek, 2 sierpnia 2016

Time to say goodbye

Zostawiając swoje miasto i swoich przyjaciół myślisz sobie, że nic się między wami nie zmieni po tym jak wyjedziesz na rok, albo dwa (a czasami na zawsze) do Stanów. Czasami jednak osoby, które uważasz za przyjaciół odzywają się tylko w pierwszym miesiącu, a później cisza.

Teraz wam powiem, że nie ma się co martwić takimi rzeczami! Jeżeli uważasz, że to nie fair - just say goodbye!
Jak to ze mną jest? Cóż z moją najlepszą przyjaciółką znamy się przeszło dwanaście lat. W związku z tym, że nawet w Polsce nie rozmawiałyśmy ze sobą codziennie, a nawet miałyśmy kilkumiesięczne przerwy nie rusza mnie to, że się do siebie nie odzywamy od jakiegoś czasu. Każda z nas ma swoje życie i często jest tak, że po prostu nie mamy czasu dla siebie - całkiem normalna rzecz. Jednakże wiem, że zawsze gdy będę jej potrzebować będzie obok mnie, I to jest dla mnie prawdziwa przyjaźń. :)
Wiadomo oczywiście, że każdy jest inny, z jednymi rozmawiamy częściej, a z innymi wcale. Ale wiecie co wam powiem? Jeżeli się okaże, że po wyjeździe wasi przyjaciele już nimi nie są - nie ma się co przejmować! Wiecie dlaczego? Bo poznacie tutaj niesamowitych ludzi! Tutaj zaczną się nowe przyjaźnie nawet na całe życie! Będziecie mieć tutaj ludzi, na których zawsze możecie liczyć - niezależnie od stanu w jakim się znajdujecie! Ja takie osoby znalazłam i uważam się za szczęściarę, że poznałam takich fantastycznych ludzi, na których zawsze mogę liczyć!

sobota, 23 lipca 2016

American dream?

Zastanawiam się na rematchem - znowu! Chyba nie będę miała mojego american dream.
Już od jakiegoś czasu wkurzało mnie to, że nie mam auta i mówiłam o tym moim hostom. Słyszałam wtedy, że się rozglądają, że szukają i że coś tam. Ok, przeżyłam cztery miesiące bez auta to dam radę do końca roku - tak sobie pomyślałam, gdy już wiedziałam, że nie ma sensu błagać i prosić. Ostatnio się dowiedziałam, że moi hości się rozwodzą. Ciężka sprawa, ale znów stwierdziłam, że dam radę. Jestem silna, ja sobie nie poradzę? I wtedy kolejna szpilka się wdarła. Hostka oznajmiła mi, że będą mieszkać w dwóch osobnych mieszkaniach i będę wędrować z dzieciakami na zasadzie dwa dni tu, dwa dni tam i weekend co tydzień z kimś innym. Ok, bez samochodu słabo, bo niby jak mam się dostać do drugiego mieszkania z dzieciakami? Teleportować się? Ale hostka mnie uspokoiła i mówi, że pozostaniemy w tym samym dystrykcie, żeby młoda nie musiała zmieniać szkoły - spoko! Kolejna szpila. Hostka poinformowała mnie - tak, poinformowała, nie spytała - że gdy zamieszkamy w nowym mieszkaniu to wprowadzi się do nas jej koleżanka. Osobiście za nią nie przepadam, więc nie paliłam się do tego pomysłu. Następnie poinformowała mnie, że jeżeli zostaniemy w obecnym domu, a host wyprowadzi się do innego to - UWAGA - jej koleżanka zajmie mój pokój (mój wspaniały pokój :( ) a ja będę miała takie szczęście, że będę mogła sobie wybrać jedną z sypialni dzieci, którą będę chciała (serio!?). Co jest równoznaczne z dzieleniem łazienki z dziećmi. Ale gwóźdź do trumny był wczoraj.
Hostka poinformowała mnie o godzinie 9pm, że mam wolny piątek i cały weekend, bo oni wyjeżdżają. Ok, dzięki za szybkie poinformowanie mnie, że mogę sobie zrobić plany i gdzieś pojechać! Spytałam się jej co w takim razie z moją uczelnią, bo mam zajęcia w sobotę na 10. Powiedziała, że w związku z tym, że uber jest drogi (20$ za przejażdżkę w jedną i drugą stronę. Jak dla mnie to nie jest to majątek...) to mam wziąć autobus. Spytałam się, czy z jej głową jest wszystko ok, bo komunikacją miejską to są dwie godziny drogi, w dodatku trzema różnymi osobami. Gdy jej to po raz kolejny uświadomiłam to powiedziała mi, że jak pojadę uberem to możemy podzielić koszty, wtf? Widząc mój wzrok dała mi kolejną alternatywę. UWAGA, UWAGA! Mam poprosić jakiegoś znajomego, żeby mnie podwiózł na zajęcia... Ręce mi opadły. Powiedziałam więc jej, że to nie fair, iż zostawiają mnie na cały weekend bez samochodu, bo co mi po tym wolnym, skoro i tak będę siedziała z dupą w domu. To mi odpowiedziała, że w kontrakcie nie ma, że muszą mieć dla mnie samochód i wie, że to jest wkurzające, ale generalnie nic ją to nie obchodzi.

Co mnie jeszcze denerwuje, to to że pomimo tego, że robię więcej, niż powinnam to ostatnio również usłyszałam coś co mnie wmurowało w ziemie. Chciałam wziąć takie zajęcia na uczelni, które by mi coś dały. I wybrałam sobie prawo w biznesie, z takiego względu, że mnie to zwyczajnie interesuje. Zajęcia zaczynałyby się o godzinie 6:30pm. Powiedziałam o tym mojej HM. Wiecie co usłyszałam? Że mam wybrać zajęcia nocne (od 8pm) albo weekendowe, bo ona nie chce prosić męża, żeby specjalnie zwalniał się wcześniej z pracy, a ona mi nie może obiecać, że będzie wracała wcześniej. Słucham? Ja robię więcej, niż powinnam (około 11-12h dziennie), a ona mi mówi, że problemem dla niej jest wcześniejszy powrót do domu dwa razy w tygodniu? Serio? I jeszcze dodała, że przecież robię to tylko dla kredytów... Może niektórzy robią to tylko dla kredytów i chcą chodzić na taniec, albo aerobik. Ja natomiast chciałabym coś wynieść z tych zajęć.

Już naprawdę nie wiem jak mam tutaj żyć. Życie operki, takie piękne! Szczerze? Czasami jest to koszmar na jawie!

Gdybym była osobą, która się łatwo poddaje to wróciłabym do domu. Ale nie po to tutaj przyjechałam. Jestem tutaj, żeby spełniać moje marzenia, poznawać świat i kulturę! Tak więc nie ugnę się, nie spadnę, mimo tego, że ludzie starają się mnie zwalić w dół. I wiecie co wam powiem? Będę walczyć o swoje. Po raz kolejny zdecyduje się na swoje szczęście, znów pomyślę o sobie i zmienię rodzinę. I będę to robić dopóki nie poczuję, że osiągnęłam to po co tu przyjechałam.

Pomimo wszystkich złych sytuacji, jeżeli wątpicie w słuszność swojego wyjazdu powiem wam tylko jedno. Nie pozwólcie by porażki innych osób powstrzymały was od spełniania waszych marzeń! :)

czwartek, 30 czerwca 2016

Las Vegas baby!

W piątek załatwiłam sobie cały dzień wolnego i w czwartek wieczorem wyjechałyśmy z Kasią i Justyną do Las Vegas. Jechałyśmy całą noc i do muzeum neonów w Las Vegas dotarłyśmy koło 8 rano. Za wycieczkę zapłaciłyśmy jakieś 14$ za osobę.
Gdy w końcu dotarłyśmy do naszego super hotelu z basenem to szczęki nam opadły. Wyglądało to jak tani motel z filmów, gdzie przyprowadza się panie do towarzystwa. W basenie natomiast myli się bezdomni. Generalnie tragedia. Na zdjęciach wyglądało to zupełnie inaczej, przynajmniej Justyna tak twierdzi. W związku z tym, że przy rezerwacji wzięli numer karty nawet nie mogłyśmy zmienić hotelu.
Pomijając te niedogodności w sumie cały weekend spędziłyśmy na pool party i imprezach w klubach. Wszystko to znajdowało się w bardzo drogich hotelach.
Pogodę miałyśmy okropną. Codziennie koło 50 stopni Celcjusza, nie było nawet czym oddychać. Co jest fajne w Las Vegas to nie ważne o której godzinie idziesz przez miasto, cały czas gra muzyka na ulicach. To jest naprawdę magiczne miejsce i tak bardzo jak mi się podobało to nie chciałabym tam mieszkać. Mimo wszystko ciężko się tam żyje.

W powrotnej drodze zahaczyłyśmy jeszcze o tamę Hoovera. Wracając spędziłyśmy 15 godzin w samochodzie. Niestety, ale załapałyśmy się na korki. Nadal nie mogę uwierzyć, że na pustyni, dosłownie PUSTYNI, stałyśmy w korku!








TIP

Jak już chcecie jechać do Las Vegas to lepiej zapłacić więcej za hotel w centrum miasta. Jeżeli będziecie się kierować ceną hotelu to i tak będziecie musieli brać ubera lub też taksówkę i nawet możecie wyjść na tym drożej.
Jak już wyżej mówiłam nie polecam Traveloge hotel. Naprawdę martwiłam się, że będą tam bedbugs, nie mówiąc już o tych bezdomnych.