Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 sierpnia 2017

Nauka niemieckiego

Jakiś czas temu zakończyłam swój pierwszy kurs języka niemieckiego. Otrzymałam nawet certyfikat ukończenia kursu. We wrześniu zaczynam kolejny poziom i nawet nie mogę się doczekać. Przyznam szczerze, że byłam przytłoczona ogromem materiału, którego musiałam się szybko uczyć i wcale tak dobrze mi nie szło, ale teraz widzę, że coś jednak zostało w mojej głowie. Czasami nawet rozumiem co ludzie do mnie mówią (albo hości do młodego) i umiem zamówić coś sama! Uważam to za duży postęp jak dla osoby, która nigdy nie uczyła się niemieckiego, a w domu mówi po angielsku. :)

Wakacje dla dzieci w Szwajcarii trwają pięć tygodni. Moja rodzinka pojechała na tydzień w góry i na dwa do Toskanii. Spędziłam w sumie tylko tydzień z młodym bo w pierwszym tygodniu był u babci, a później host był w domu, więc miałam w sumie dodatkowy tydzień wolnego.

Ostatnio kupiłam już bilety na święta do Polski, bo nie chciałam płacić później milionów. W październiku będę miała dwa tygodnie wolnego i się zastanawiam nad wyjazdem do Barcelony. Bardzo chciałabym jechać do Maroko, ale bilety są tak drogie, że nie chcę aż tyle wydawać na wakacje. Zwłaszcza, że chcę jeszcze podróżować trochę po Szwajcarii. Jutro chcemy się wybrać z dziewczynami do Sankt Gallen. Moja hostka tam studiuje i mówi, że kocha to miasto. Jest podobno przepiękne! Nie mogę się doczekać tego wyjazdu. Dawno z dziewczynami nigdzie nie jechałyśmy.

Swoją drogą chcemy się wybrać na objazdówkę z Frankfurtu nad Menem (tam mieszka brat Izy) przez Luksemburg, Brukselę i Amsterdam. :)

niedziela, 21 maja 2017

Dlaczego nienawidzę szwajcarskich banków?

Szwajcarskie banki działają mi na nerwy od momentu przybycia do Szwajcarii. Ale tym razem myślałam, że szlag jasny mnie trafi. W związku ze zbliżającymi się urodzinami mojej mamy, jak również i dniem matki zdecydowałam, że zamówię mojej mamie prezent online - jak w zeszłym roku. Gdy robiłam checked out chciałam zapłacić kartą i okazało się, że nie mam na niej security code. W związku z tym udałam się do najbliższej placówki mojego banku, gdzie pani poinformowała mnie, że przecież to oczywiste, że mając kartę debetową nie mogę robić zakupów online. I że płatności online można robić tylko i wyłącznie kartą kredytową. Dłużej nie myśląc poprosiłam o założenie takiej o to karty. Panie zadowolona z przebiegu sprawy poprosiła o moje ID. Zdziwiona się pytam, czy paszport nie byłby lepszy. Na negatywną odpowiedź podałam jej swój polski dowód osobisty. Pani zdziwiona pyta czy nie mam pozwolenia na pracę tutaj. Oczywiście, że mam! I z rozpędem podałam jej moje pozwolenie. Z przykrością usłyszałam, że jeżeli chcę kartę kredytową to mogą ją wydać tylko i wyłączeni na pozwolenie kategorii B.
Załamana wróciłam do domu, bo co innego mogłam zrobić? Całe szczęście moi hości są spoko i zapłacili ze swojej karty kredytowej. Ale generalnie to masakra. Nawet biletu lotniczego nie mogę kupić tą kartą, I jeszcze raz niech ktoś mi powie, że szwajcarskie banki są najlepsze...

W ostatni weekend wybrałyśmy się z dziewczynami do Luzern. Naprawdę piękne miasto z widokami zapierającymi dech w piersiach! W pierwszej kolejności wybrałyśmy się na wycieczkę jachtem po jeziorze, za co zapłaciłyśmy 15 franków ze zniżką 1/2, a te które nie miały karty zniżkowej płaciły 25 franków. Ale zdecydowanie było warto! Następnie wybrałyśmy się na lunch do browarni (Rathaus Brauerei), gdzie oprócz jedzenia zamówiłyśmy oczywiście piwo! Które swoją drogą było przepyszne. Następnie udałyśmy się na spacer po mieście i lody.
Po powrocie do Zurichu udałyśmy się do Izy, gdzie czekała na nas niespodzianka w postaci pięknie wystrojonego stołu, dużej ilości wina i serów oraz dużej ilości dobrej zabawy!

Ostatnio miałam test z niemieckiego i dostałam 25/30 pkt. Uważam, że mogło być lepiej, ale zarówno hości, moja nauczycielka i mój znajomy stwierdzili, że jest to świetny wynik...

Z innych ciekawostek dowiedziałam się jakiś czas temu, że mój kolega z San Francisco będzie się zaręczał w tym roku, a w styczniu bierze ślub. Nieoficjalnie zostałam już zaproszona na indyjskie wesele w Indiach! Teraz tylko czekanie na oficjalne zaproszenie i rozterki w co się ubrać i czego się spodziewać!






piątek, 12 maja 2017

Szwajcaria

Jak wiecie znalazłam rodzinę w Szwajcarii koło Zurichu, dokładnie w Winterthur. Zajmuję się 10 letnim chłopcem i moja praca diametralnie różni się od tego co robiłam w USA. Zacznijmy od tego, że pracuję może z 15 godzin tygodniowo. W Europie au pair może pracować maksymalnie 35 godzin na tydzień, przy czym w Szwajcarii dostaje minimum 700 franków miesięcznie. Nie jest tak samo jak w USA, gdzie wszystkie au pair zarabiały jednakową kwotę 195,75 $ tygodniowo. Tutaj zależy od rodziny, ale minimum muszą płacić 700 franków. 
Od razu jak przyjechałam poszłam z Hostką do urzędu załatwić pozwolenie na pracę, kartę na komunikację miejską (płacę połowę kwoty za bilety - takie nasze Polskie ulgowe. Ale trzeba zapłacić za taką kartę około 160 franków - mi zapłaciła za to hostka, ale wiem, że niektóre rodziny chcą, aby au pair zapłaciła połowę kwoty.) i konto bankowe. To ostatnie zajęło nam około godzinę, a wszystko przez to, że w przeciągu trzech ostatnich lat byłam w USA. Sytuacja ze Szwajcarskimi bankami wygląda tak, że obywatele USA zakładali sobie tutaj konta i fałszowali zeznania podatkowe, co skutkowało płaceniem mniejszych podatków w USA. Oczywiście Stany się zdenerwowały i nałożyły bana na banki Szwajcarskie, że jeżeli nie będą udostępniać danych klientów z USA to nałożą grube kary na nich. Szwajcaria się przestraszyła i teraz nie lubią przyjmować osób, które jakkolwiek zarabiały w Stanach. Więc jeżeli będziecie się kiedykolwiek zastanawiać czy warto płacić podatek w Stanach, odpowiedź jest - warto! Nigdy nie wiesz co życie przyniesie. :)
Od momentu wejścia do Szwajcarskiego banku jak już mówiłam zaczęły się problemy. Mało tego, jeżeli chcesz mieć elektroniczny dostęp do swojego konta bankowego to musisz wyrazić na to zgodę. Po około tygodniu otrzymujesz od banku list, który musisz podpisać i im odesłać. Następnie w ciągu dwóch kolejnych tygodni dostajesz od nich górę śmieci, a dwa najważniejsze listy z kodami, aby dostać się do swojego konta bankowego dostajesz pod koniec trzeciego tygodnia od kiedy byłaś w banku. Tak więc możecie sobie wyobrazić jak bardzo teraz nienawidzę Szwajcarskich banków. 

Mam typowo polskie nazwisko z cz i ń w środku, więc dla obcokrajowców jest katorgą napisanie, a co dopiero wymówienie. Ale nigdy, NIGDY, nie zrobili tyle błędów w pisowni mojego nazwiska jak tutaj. Nawet w USA. Zmienianie mojego nazwiska jest tutaj na porządku dziennym, ale nic nie mogło mnie przygotować na to co zobaczyłam na mojej karcie miejskiej (karta uprawniająca do 50% zniżki na komunikację miejską). Moje nazwisko na tej oto karcie to WARSAW, a moje prawdziwe nazwisko jest moim imieniem. Congrats Swiss!

W sobotę idę na polską imprezę w Zurichu wraz z innymi au pair! W związku z tym, że alkohol w tym klubie jest drogi to będziemy miały before. Piękną rzeczą w Szwajcarii jest to, że możesz pić gdziekolwiek chcesz!




wtorek, 14 marca 2017

New adventure!

Z radością informuję, że od kwietnia będę au pair w Szwajcarii!
Moja HF mieszka w Winterthur, około 15-20 minut od Zurichu. Będę się opiekować 10-letnim chłopcem.
Nie mogę się doczekać kiedy już wyjadę. Siedzenie w Polsce zdecydowanie mi nie służy! Ostatnio przyszło mi na myśl zostanie w Polsce i może pójście na studia. Gdy powiedziałam to mojej przyjaciółce to mnie wyśmiała i powiedziała, że 1,5 miesiąca w Polsce to dla mnie za dużo i zaczynam bredzić. Po rozmowie z nią uświadomiłam sobie, że ma racje. Nie byłabym szczęśliwa chodząc do szkoły lansu i bansu, Prawa jest taka, że mało kto z moich znajomych zdecydował się na studia, jak się zdecydowali to zrezygnowali. Tych co je skończyli, albo jeszcze na nie uczęszczają mogę na palcach wymienić. Jeżeli bym jednak się zdecydowała na studia to jedyny kierunek jaki przychodzi mi o głowy to Turystyka i Rekreacja na AWF. Tak więc, jeżeli bym miała siedzieć X lat na uczelni tylko po to, żeby nie wiedzieć co ze sobą po tym zrobić to dziękuję bardzo.

Zresztą, zarys planu na najbliższe lata mam, ale na razie pozostanie on moją słodką tajemnicą, bo wiadomo jak to jest z planami. ;)

wtorek, 7 lutego 2017

Powrót

Moja rodzina zgodziła się, żebym do nich wróciła. Dzień później zmienili zdanie i zostałam odesłana do Polski. W kraju jestem już od tygodnia i jak na razie jestem w depresji, ale się nie poddaję! Nic się nie zmieniło odkąd wyjechałam, oprócz mnie. Stany sprawiły, że mam zupełnie inny pogląd na życie, widzę to czego nie dostrzegałam wcześniej. Moja wiara w ludzi co prawda upadła, ale zyskałam dużo więcej.
Kolejną rzeczą jest, że taki wyjazd tasuje przyjaciół. Zyskałam najlepszych przyjaciół na świecie, a tych co uważałam za przyjaciół pozostali już tylko znajomymi. Trochę łamie mi to serce, ale pociesza mnie fakt, że teraz otaczają mnie ludzie, którzy będą ze mną nie ważne co by się nie stało. Wiem, że mogę na nich liczyć i to jest dla mnie najważniejsze! :)

Jak się odnajduję po powrocie? Słabo, szczerze mówiąc.
Pierwszą rzeczą było wjechanie w krzaki samochodem. Dwa razy! Ponieważ przez cały czas jeździłam na automacie, z przyzwyczajenia odpaliłam w ten sam sposób samochód - nie polecam. Dobrze, że nie był on zaparkowany przed jakąś ścianą, albo słupem. Pytam się mojej mamy, czy mogę wziąć mój samochód - hit internetów! Już trochę mniej, ale zaczynałam rozmowy po angielsku. Teraz sobie wyobraźcie, że byłam w barze i zamawiałam drinka. Pewnie pomyśleli, że jestem szurnięta. Dobrze, że jestem blondynką to przynajmniej można wszystko zwalić na kolor włosów. Na trzy godziny przed wyjściem włączyłam pranie ze wszystkimi swoimi rzeczami, bo zapomniałam, że nie mamy suszarki. Cały czas chcę skręcić na czerwonym w prawo i jeżdżę szybciej, niż powinnam. Ale przede wszystkim widzę jacy ludzie są w Polsce. Jest to smutne, ale widuję dużo buraków i smutasów na ulicach co przyprawia mnie o jeszcze większą depresję! Bardzo mi brakuje tej otwartości i uśmiechów ludzi ze Stanów. Znalazłoby się jeszcze parę innych rzeczy, ale nie chcę was zanudzać!

Co teraz ze mną będzie? 
Obecnie szukam pracy (jest to kolejny powód mojej depresji!). Na pewno nie zostanę w Polsce, dalej będę podróżować, więc nie martwcie się, że przestanę prowadzić bloga! Podzielę się z Wami moimi planami jak wszystko będzie już pewne. :)

With love,
Anna

poniedziałek, 7 listopada 2016

Hawaje i rematch

Tydzień temu wróciłam z Hawajów! Jest tam naprawdę przepięknie! Poznałam mnóstwo niesamowitych ludzi, z którymi mam nadzieję się jeszcze spotkam w przyszłości.
Pierwszą noc spałyśmy z Dominiką na Couchsurfing. Niestety nie poznałyśmy naszego hosta, ponieważ pracował na innej wyspie, ale towarzystwa dotrzymał nam jego współlokator i jego dziewczyna. Kolejne pięć nocy spałyśmy w Airbnb z trzema innymi polakami. Oglądaliśmy wschód słońca na wulkanie, pojechaliśmy do Hany i byliśmy na czerwonej plaży. I obowiązkowo piliśmy mleko kokosowe z łupiny!










A co do rematchu. Dzisiaj była u nas Area Director i zostałam poinformowana, że moi hości chcą rematch. A jaka przyczyna? Za mało zaangażowania w zabawę z 4-latkiem. Cały tydzień była zła atmosfera w domu i dało się wyczuć, że coś się stanie. Spędziłam bite dwa dni w pokoju nie wychodząc z niego. A dzisiaj informacja, że rematch. Gdy wczoraj zadzwonił do mnie host i mi powiedział, że dzisiaj rano przychodzi nasza Area Director to się tego spodziewałam. Ale najbardziej mnie boli, że hostka nie umiała mi tego sama powiedzieć, oraz że za dwa miesiące kończę program.
A więc znów wyzwanie na znalezienie fajnej rodziny w dwa tygodnie! Jak się nie uda to przynajmniej będę na święta w domu.

piątek, 23 września 2016

Peru!

Na wakacje wybrałam się do Peru. Spędziłam tam niesamowite 8, a właściwie 6 dni! Jak w tak krótkim czasie zobaczyć jak najwięcej i jak to zrobić na kieszeń au poor? Zaraz się dowiecie!
Zaczęłam od kupna biletów w cenie $560 z San Francisco. Z New York i generalnie ze wschodniego wybrzeża bilety są tańsze. Można złapać okazję, gdzie bilety w jedną i drugą stronę wynoszą około $300.
Z San Francisco leciałyśmy do Limy z przesiadką w San Salvador. W związku z tym, że anulowali nam lot dostałyśmy bilety na lot American Airlines z przesiadką w Miami.
Do Limy doleciałyśmy późnym wieczorem i wzięłyśmy taksówkę do hotelu. Za nic w świecie nie wypożyczajcie auta w Peru! Jedyna zasada jakiej tam się trzymają to zatrzymanie się na czerwonym świetle, a tak to jeżdżą jak chcą. Dosłownie!
Zatrzymałyśmy się w Ibis Hotel i następnego dnia udałyśmy się na Mistura Food Festival. Każdego roku we wrześniu odbywa się festiwal jedzenia i trwa cały tydzień. Opłata za wejście wynosi 25 soles za osobę. Dużo budek z jedzeniem, znajdziecie tam prawdziwe peruwiańskie jedzenie (świnkę morską, ceviche itd.), jak również alkohol (pisco sour) i różne słodycze i przekąski.
Następnego dnia rozpoczynałyśmy naszą przygodę z Peru Hop. Jest to firma, która oferuje wycieczkę obiazdową po Peru. Możesz wybrać długość wycieczki, gdzie chcesz się udać i skąd chcesz jechać. Oprócz Peru oferują również wycieczkę po Boliwii. W związku z tym, że my nie miałyśmy za dużo czasu (wielka szkoda!) wybrałyśmy 3 dniową wycieczkę z Limy do Cusco, za którą zapłaciłyśmy $159.
Gdy bookowałyśmy wycieczkę okazało się, że firma ma zniżki do hosteli/hoteli na całej trasie, tak więc w tym czasie zaczęłyśmy bookować hotele, w których zostaniemy po drodze do Cusco. Tak się stało, że czekając po hotelem Ibis zaczęłyśmy się zastanawiać, czy w końcu wykupiłyśmy wycieczkę, ponieważ żadna z nas nie miała wydrukowanego potwierdzenia, jak również na e-mailu nic nie znalazłyśmy. Po tym jak zobaczyłyśmy jak autobus Peru Hop nas mijał byłyśmy już pewne, że nie wykupiłyśmy jednak wycieczki, ale pobookowałyśmy wszędzie hotele! I co teraz? Okazało się, że biuro Peru Hop jest 7 minut drogi od nas, ale była godzina 7, a oni otwierają dopiero o 9. Tak więc zdecydowałyśmy się na dwugodzinne śniadanie w pobliżu. Gdy otworzyli biuro powiedzieli nam, że mogłyśmy do nich zadzwonić, bo mają przekierowanie rozmów na ich komórki i by zawrócili dla nas autokar, Ale tak się stało, że już kupiłyśmy bilety na autobus do Paracas. Bez problemu udało nam się dogadać z nimi, że dołączymy do całej wycieczki w Paracas.
Pojechałyśmy autobsem Cruz del Sur do Paracas i nie żałuję! Zapłaciłyśmy 65 soles za miejsca VIP i takiej wygody w życiu nie miałam! Duże rozkładane fotele z podnóżkami, własny ekran, na którym można było obejrzeć film/serial, darmowy posiłek, kocyk i poduszka!
Niestety w związku z tym, że wzięłyśmy zwykły autobus ominęło nas zobaczenie miejscowości Chincha.
Do Paracas dotarłyśmy koło godziny 18:00, zakwaterowanie miałyśmy w hostelu Kokopelli, w którym po okazaniu opaski, że jesteśmy z Peru Hop otrzymałyśmy około 20% zniżki. Zabookowałyśmy pokój z prywatną łazienką za który zapłaciłyśmy koło 104 soles. Śniadanie było wliczone w cenę - wybór niestety nie był za duży. Gdy siedziałyśmy przy barze w hostelu znalazł nas Nilo - nasz guide, z którym miałyśmy podróżować przez całą drogę aż do Cusco. Zaprosił nas na kolację, gdzie będzie również reszta grupy. Byliśmy w restauracji, mieliśmy drinki za darmo, spędziliśmy trochę czasu w hostelu i poszliśmy zrobić ognisko na plaży.
Następnego dnia odbyła się wycieczka do Ballestas Island, gdzie można było zobaczyć lwy morskie, a następnie do rezerwatu przyrody (koszt za obie wycieczki to $15)
Po obejrzeniu atrakcji ruszyliśmy w drogę do Huacachina (albo jak niektórzy to nazywają Huacafuckingchina :D ), gdzie zatrzymaliśmy się w hostelu Casa de Arenas, za który zapłaciłyśmy 60 soles. Po dotarciu na miejsce i zjedzeniu wybraliśmy się na przejażdżkę po pustyni i sandboarding (50 soles/$15 za osobę). Było to jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu! Po powrocie Peru Hop zorganizowało nam grilla, za którego się płaciło 25 soles za osobę (wliczone w to drinki). Włóczyliśmy się nocą po miejscowych barach i jakoś nad ranem wróciliśmy do hostelu (który swoją drogą nie był najlepszych lotów - nie ma ciepłej wody, gdy więcej osób bierze prysznic - ale da się przeżyć jedną noc). Rano wybraliśmy się do miejscowej domowej restauracji, gdzie pokazywali jak robią ceviche - polecam każdemu! Pojechaliśmy do winiarni, gdzie pokazali nam proces robienia wina i mieliśmy darmowy tasting. Po drodze do Cusco zatrzymaliśmy się na chwilę w Nazca, żeby zobaczyć rysunki/linie. Miałyśmy overnight bus z Huacachina do Cusco, co było męczące, ale najgorsza i tak była choroba wysokościowa, którą miałam następnego dnia w autobusie. W sumie przespałam cały dzień i starałam się nie ruszać z miejsca, bo ilekroś wstawałam miałam zawroty głowy i zaćmienie. Wieczorem dotarliśmy do Cusco i czułam się już zdecydowanie lepiej.
W Cusco zatrzymałyśmy się w mega fancy hotelu Sonesta, gdzie za dwie noce zapłaciłyśmy $306. Ale naprawdę było wydać te pieniądze. Był to najlepszy hotel w jakim w życiu spałam!
Kolejnego dnia wybrałyśmy się do Machu Piccu. Z Cusco musiałyśmy wziąć taksówkę za 100 soles w jedną stronę do Ollantaytambo, skąd miałyśmy pociąg ( Inca Trail za $124 w dwie strony) do Machu Piccu. Niestety jak tam dotarłyśmy okazało się, że to nie wszystko! Ponieważ musiałyśmy (generalnie można zrobić hiking, ale jest to pod górkę, w dodatku gęstość powietrza jest tam bardzo rzadka, więc my się do tego zupełnie nie nadawałyśmy) kupić bilet na autobus do Machu Piccu, który wynosił około 84 soles (była możliwość zapłaty $24). Gdy stanęłyśmy w kolejce do autobusu okazało się, że musimy iść na centrum miasteczka i wykupić bilet wstępu do Machu Piccu w kwocie 128 soles. Gdy wreszcie dotarłyśmy do Machu Piccu temperatura wynosiła 35 stopni. Niestety nie udało mi się wejść na najwyższy szczyt Machu Piccu ze względu na problemy z oddychaniem i gotowanie się w długich czarnych jeansach. Przejście przez Machu Piccu zajęło nam około dwie godziny, co było dla nas zaskoczeniem, bo specjalnie bylet powrotny do Ollantaytambo wykupiłyśmy na godzinę 19. W związku z tym spędziłyśmy ponad 6 godzin w miasteczku Machu Piccu jedząc i kupując koce z lamy na targu (sic!).
Kolejnego dnia miałyśmy wylot z Cusco do Limy, gdzie musiałyśmy zmienić hotel, ponieważ na Expedii podczas bookowania była informacja, że ten hotel ma bar i restaurację. Po dotarciu na miejsce zostałyśmy poinformowane, że niestety nie mają takich udogodnień. Przeniosłyśmy się do jakiegoś fancy hotelu, gdzie płaciłyśmy $200 za noc. Jednakże i tak najlepszym hotelem był ten w Cusco, a śniadanie tam było niesamowite! Cały dzień spędziłyśmy na relaksie przy basenie z drinkami w ręce. W związku, że była to nasza ostatnia noc wybrałyśmy się na kolacje do restauracji Amaz. Jedzenie typowo z dżungli - było wyśmienite! Za kolację na trzy osoby (w tym przystawki i danie główne) zapłaciłyśmy około 500 soles. I takk samo jak z hotelem - było warto! Najlepsza kolacja życia.
Na lotnisku w drodze powrotnej należy być minimum 3 godziny przed planowanym odlotem. Kolejki do check in są strasznie długie!

TIP
- najlepiej zrobić road trip do Cusco, niż lecieć tam bezpośrednio z Limy. Organizm zacznie się powoli przyzwyczajać do zmiany i choroba wysokościowa nie będzie przebiegać aż tak drastycznie. Jeszcze lepiej na trzy dni przed samym wylotem do Peru zacząć brać altitude medicine i nie przestawać brać po przylocie do Peru! Na miejscu można żuć liście coca. Jeżeli nie masz możliwości/nie chcesz robić road trip daj sobie 24 godziny w Cusco na relaks i nic nie robienie, żeby organizm mógł się przyzwyczaić do zmiany powietrza.
- zaopatrzyć się w bug spray - najlepszy jest DEET. Powinno się psikać kilkanaście razy dziennie. Ja po trzech godzinach spędzonych w Machu Piccu byłam strasznie pogryziona, pomimo użycia bug spray!
- wziąć ze sobą sunscreen!
- jeżeli wybieracie się do dżungli zdecydowanie długie spodnie i długie koszulki
- ostatnią noc najlepiej spędzić w jakimś lepszym hotelu. Po całej tej podróży jest się strasznie wyczerpanym i chce się zrelaksować.
- jeżeli planujecie lecieć z Cusco do Limy to musicie wziąć wylot na jeden dzień wcześniej przed lotem powrotnym z Limy do USA (lub gdziekolwiek indziej). Peruwiański klimat ma to do siebie, że dużo lotów jest odwoływanych.
- w Cusco jest możliwość skoku na bugnee, jednakże nie wiem ile to kosztuje, ani gdzie się znajduje. Otrzymałam taką informację od mojego guide, który gdyby nie to, że nie miałyśmy tyle czasu w Cusco to nawet by nie musiał mnie przekonywać!
- dolary najlepiej wymienić już w Peru.

Świnka morska

 Ceviche ze ślimakami




















 Ceviche










 Lama








Chciałam pokazać Wam filmiki z Machu Piccu, ale nagrałam je do góry nogami :(